BRUTALIST

THE BRUTALIST REŻ. BRADY CORBET 2024

Źródło: Filmweb

„The Brutalist” to film monumentalny. To pierwsze określenie jakie nasunęło mi się po jego obejrzeniu. Drugim słowem opisującym obraz w reżyserii Brad’ego Corbeta oraz według jego i jego żony Mony Fastvold scenariusza, jest wstrząsający.

 

Scenariusz jest oryginalny co było dla mnie pewnym zaskoczeniem gdyż film jest tak skonstruowany i przedstawiony w taki sposób jakby opowiadał prawdziwą historię.

 

Zasługa w tym wielka operatora Lola Crawley’a oraz licznej grupy scenografów, dekoratorów wnętrz i kostiumologów.

 

Mamy o to historię węgierskiego Żyda, László Tótha (Adrien Brody), któremu udało się wyemigrować do Stanów Zjednoczonych w 1947 roku przy pomocy kuzyna Attili (Alessandro Nivola). Tóth przeżył obóz koncentracyjny Buchenwald w Niemczech. W Europie zostawił żonę Erszébet (Felicity Jones) i swoją siostrzenicę Zsófiję (Raffey Cassidy). Obie też po obozowej traumie.

 

László Tóth jest wykształconym architektem, który swoje dzieła w nurcie architektonicznym zwanym brutalizmem pozostawił w różnych miejscach Europy.

 

Kuzyn zatrudnia go w swoim sklepie meblowym i dzięki tej pracy poznaje pewnego amerykańskiego bogacza Harrisona Lee Van Burena (Guy Pearce), który rozpoznaje w nim utalentowanego mistrza i powierza mu pracę nad monumentalną budowlą.

 

I to jest w zasadzie wstęp do całej historii. Potem następują rzeczy dramatyczne, radosne, frustrujące, zachwycające, odrażające, smutne. Wszystkie wymienione emocje dosłownie czujemy. Dzieje się tak dzięki doskonałemu aktorstwu. Wszystkich występujących w nim postaci.

 

Absolutnie genialny, niezwykle autentyczny Brody tak sugestywnie pokazuje swój ból fizyczny i psychiczny, że czujemy go na własnej skórze i w swojej głowie. Bohater grany przez niego to imigrant z wielkimi kompleksami. Kompleksami bycia imigrantem, biedakiem, Żydem. László Tóth ma wielki talent i jest tego świadomy. Mówi o tym jednak z nieśmiałością. Obozowa trauma wywołała u niego poddańczą postawę. Co rusz przeprasza za wszystko i nie potrafi stanowczo postawić na swoim.

 

Chce osiągnąć sukces w Ameryce ale widzi, że ta Ameryka go nie chce, gardzi nim.

 

Przedstawicielem tej Ameryki jest Lee Van Buren. Bogate beztalencie wykorzystuje zdolnego architekta traktując go jak swoją własność. Z jednej strony mu zazdrości, z drugiej go podziwia. To powoduje, że potrafi być wobec niego przemiły i składać mu niemalże hołdy ale także poniżać i upokarzać. Zaś o jednym odrażającym fakcie nie wspomnę tutaj, żeby nie spoilerować. Zobaczcie sami. Tak. Guy Pearce robi to wszystko znakomicie.

 

Równie wielkie pochwały należą się filmowej żonie Tótha. Felicity Jones zagrała niezwykle inteligentną, wykształconą Erszébet, która po traumie Dachau nabawiła się osteoporozy. Jeździ na wózku i niewyobrażalnie cierpi. Jest podporą swojego męża i osobą, która popycha go do działania i pomaga mu wierzyć w siebie. W jednej z końcowych scen stawia też czoła bezwzględnemu kapitaliście Lee Van Burenowi wykazując się niesamowitą cywilną odwagą.

 

Choć nie widzimy w filmie żadnych scen z obozów koncentracyjnych to można śmiało powiedzieć, że to film o Holokauście. O jego skutkach. Sceny kiedy László Tóth tak bardzo cierpi, nie mogąc poradzić sobie ze swoim bólem, o którym tak często mówi i na który znajduje złudny sposób w postaci narkotyków i alkoholu są niezwykle przejmujące.

 

„The Brutalist” jest surowy w swoim przekazie za sprawą zdjęć, długich ujęć i samej brutalistycznej architektury autorstwa głównego bohatera eksponowanej tu i analizowanej dość mocno. Ten przekaz jest świetnie podbijany przez muzykę Daniela Blumberga. Te dźwięki współgrają z pokazywanymi obrazami i emocjami.

 

Film jest długi. 3 godziny 45 minut z reklamami. Ale w połowie seansu jest 15-minutowa zaplanowana przerwa będąca częścią obrazu. Pierwsze 100 minut nie wywołały u mnie efektu „wow”. Ale też nie mogłam mówić o dłużyznach. Za to po drugiej części wyszłam absolutnie wstrząśnięta.

 

Anna Porębska

BRUTALIST Dowiedz się więcej »