DZIEWCZYNA Z IGŁĄ REŻ. MAGNUS VON HORN 2024
Drugi tak wstrząsający, poruszający obraz w ciągu jednego tygodnia to chyba dla mnie zbyt wiele. Najpierw był „The Brutalist” a teraz to… „Dziewczyna z igłą”, bo właśnie o ten tytuł chodzi. To „Dom zły” i „Róża” Wojtka Smarzowskiego razem wzięte. Jeśli chodzi o emocje oczywiście.
„Dziewczyna z igłą” to koprodukcja duńsko – polsko – szwedzka. Tę smutną, przygnębiającą opowieść opartą na faktach wyreżyserował Magnus von Horn na podstawie scenariusza własnego autorstwa współpracując w tym zakresie z Line Langebek Knudsen.
Na plan pierwszy tej produkcji wysuwają się jednak zdjęcia operatora Michała Dymka. To przez jego widzenie kamery, dodajmy, że czarno-białe, wyłonił się z ekranu obraz nędzy, rozpaczy i ubóstwa, towarzyszącemu bohaterom w czasie tuż po pierwszej wojnie światowej w Kopenhadze.
Tytułowa dziewczyna Karoline (Vic Carmen Sonne) to szwaczka, która musi sobie radzić w czasie wojny bez męża Petera (Besir Zeciri), o którym słuch wszelki zaginął. Ciężka praca w szwalni nie pozwala nawet na nędzną egzystencję.
Wyrzucona z mieszkania za nieopłacanie czynszu ląduje w jakiejś zatęchłej dziurze z dziurawym dachem.
Nieopatrznie wikła się w romans z właścicielem szwalni Jørgenem (Joachim Fjelstrup) i zachodzi z nim w ciążę. Niestety ten okazuje się tchórzem nie potrafiącym przeciwstawić się zaborczej matce (Benedikte Hansen) i Karoline zostaje „na lodzie”. Bez pracy, bez środków do życia postanawia pozbyć się niechcianej ciąży. W bardzo drastyczny sposób.
I tu pojawia się pomocna dłoń. Kobieta – Dagmar (Trine Dyrholm), która nie tylko odwodzi ją od popełnienia aborcji ale obiecuje pomoc w adopcji już po narodzinach. I znów Karoline czuje, że los się do niej uśmiecha. Okazuje się jednak już wkrótce, że to uśmiech prawdziwego diabła.
„Dziewczyna z igłą” to prawdziwy popis aktorski dwóch pań. Karoline i Dagmar tworzą swoistą symbiozę na ekranie. Są sobie nawzajem potrzebne. Obie niezwykle doświadczone przez los wspierają się i podtrzymują na duchu.
Karoline wierzy w dobre intencje Dagmar do momentu, kiedy uświadamia sobie, w co się wplątała. Przeżywa szok. Odkrywa prawdziwe oblicze swojej „przyjaciółki”. Nie wie co z tym począć. Wtedy na szczęście wymiar sprawiedliwości robi swoje.
Oprócz makabrycznej historii fabuła zawiera także inne przygnębiające wątki. Związane z wojenną biedą i beznadzieją. Związane także z sytuacją kobiet w tamtym czasie. Twórcy przy tym chcą zaznaczyć, że niektóre sprawy z tym związane nie zostały rozwiązane do dziś.
Autorzy obrazu pochylają się także nad ofiarami wojny. Tymi, które przeżyły. Mam tu na myśli przede wszystkim męża Karoline, oszpeconego paskudnie i pozbawionego możliwości bycia ojcem w wyniku odniesionych ran. Mimo tylu cierpień pozostaje on jednak człowiekiem mimo, iż wielu widzi w nim tylko potwora.
Nie sposób nie wspomnieć tutaj o scenografii, tym obrzydliwym a zarazem pięknym obrazom uliczek, kamienic, rynsztoków. Autorkami jej są Jagna Dobesz, Ewa Mroczkowska oraz Lisette Ristergren Albinstur. I oczywiście muzyka ! Doskonała zwłaszcza w bardzo newralgicznych momentach filmu. Uderzająca, pobudzająca, niepokojąca. Stworzyli ją Puce Mary i Frederikke Hoffmeier.
Pierwszy raz byłam w kinie, w którym słyszałam podczas seansu emocje publiczności inne niż śmiech.
Czytałam gdzieś, że ten film nie może zdobyć Oskara w swojej kategorii filmu nieanglojęzycznego. Ja natomiast będę zdziwiona, jeżeli go nie dostanie.
Anna Porębska