Peryskop Kultury

RIPLEY REŻ. STEVEN ZAILLIAN 2024

Źródło: zwierciadlo.pl

Trudno mi uniknąć porównań jeżeli chodzi o nowy serial „Ripley”, który pojawił się na platformie Netflix z filmem w reżyserii Antony’ego Minghelli „Utalentowany pan Ripley” z 1999 roku. Może i dobrze bo dzięki różnicom w tych dwóch produkcjach będę mogła odnieść się do poszczególnych aspektów dotyczących najnowszej ekranizacji powieści Patricii Higsmith z 1955 roku.

 

Tych ekranizacji było więcej np. „W pełnym słońcu” z Alainem Delonem. Dla mnie jednak niedoścignionym pozostaje obraz z Mattem Damonem w roli tytułowej.

 

Nie zmienia to faktu, że najnowszy „Ripley” wyreżyserowany przez Stevena Zailliana jest równie dobrym dziełem choć nieco innym. W moim odczuciu przedstawia bohaterów w zupełnie innym świetle.

 

Nie czytałam powieści ale podobno serial jest wierniejszą jej adaptacją niż film Minghell’ego. Różni się od filmu niektórymi wątkami nie wpływającymi jednak na sedno wydarzeń. Podstawowy trzon pozostaje niezmienny.

 

Rzecz rozpoczyna się w 1960 roku w Nowym Jorku. W jego brzydszej, brudnej części, w której „egzystuje” nasz bohater. Drobny cwaniaczek, oszust, ledwo wiążący koniec z końcem Tom Ripley (Andrew Scott).

 

Aż pewnego dnia łut szczęścia pozwala mu przenieść się do innego świata. Świata bogactwa z którego nie będzie chciał zrezygnować. Za sprawą potentata z branży stoczniowej Herberta Greenleafa (Kenneth Lonergan) oraz jego pieniędzy jedzie do Europy w poszukiwaniu syna tegoż,  Dicky’ego (Johnny Flynn). Ojciec chce żeby Tom sprowadził do domu syna marnotrawnego aby ten porzucił próżniaczy tryb życia i zajął się rodzinną firmą.

 

Dicky nie przypomina sobie znajomości z Tomem ale jego to nie zraża. Powoli wkrada się w życie Dicky’ego, jego dziewczyny Marge Sherwood (Dakota Fanning). Poznaje też Freddiego Milesa ( w tej roli córka Stinga Eliot Samner!).

 

Coraz bardziej podoba mu się życie jakie prowadzą bogaci ludzie. Obserwuje ich i wkrada się w ich łaski. Oni jednak są nieufni. Wszystko to prowadzi do tragicznych zdarzeń. Tom Ripley na zimno staje się bezwzględnym mordercą bez żadnych skrupułów.

 

Morderstwa następują szybko i bezwzględnie natomiast to co dzieje się po nich twórcy wręcz celebrują pokazując prawie w czasie rzeczywistym „sprzątanie” po nich. Tom musi się nieźle napracować, żeby zatrzeć ślady swoich zbrodni. Zaczyna się swoisty wyścig po różnych miejscach na mapie Włoch.

 

Następuje pościg za… no właśnie Tomem czy Dickie’m ? Podejmuje się tego Inspektor Pietro Ravini (świetna rola Maurizio Lombardi’ego).

 

Andrew Scott gra bardzo powściągliwie tworząc postać zimnego, wyrachowanego psychopaty. Z jego oczu nic nie da się wyczytać. Przez to jest taki przerażający. Jesteśmy ciekawi czy mu się uda ale mu nie kibicujemy. Aktor nie jest już najmłodszy co porównując z wiekiem młodego Matta Damona z filmu może trochę dziwić.

 

Johnny Flynn jest trochę nijaki. Znów posłużę się porównaniem z rolą Jude Law pełnego radości życia. Widać było, że chłopak się bawi czego nie można powiedzieć o tym bohaterze z serialu. Rozczarowała mnie również Dakota Fanning. Jej bohaterka wyszła na kogoś kto zwraca uwagę tylko na pieniądze, nie grzeszy mądrością. Nie jest również taka zdolna, na jaką się kreuje. I znowu w porównaniu z rolą Gwyneth Palthrow wypada marnie i mnie drażniła.

 

Za to doskonale bawiłam się oglądając Maurizio Lombardiego, który niespiesznie, metodycznie, z gracją tropi jak rasowy śledczy. Ciekawym pomysłem było obsadzenie w maleńkiej roli Johna Malkowicha, przedstawiającego się z pewnym sarkazmem jako marszand i mrugający do widzów okiem, zdający się dawać do zrozumienia, że Tom Ripley, jaki by nie był, ma się w tym miejscu świetnie. Przypomnijmy, że Malkowich grał Toma Ripleya w innej ekranizacji powieści.

 

Twórcy postawili na biało-czarną konwencję co w zestawieniu przede wszystkim ze starą architekturą Włoch potęguje bardzo zimną atmosferę rodem z filmu noir.

 

Doskonałe zdjęcia Roberta Elswita robią całą robotę w serialu „Ripley”. Długie sceny, duże zbliżenia potęgują poczucie niepokoju.

 

Serial na początku jest nieco rozwleczony. Niektórzy mogą czuć się rozczarowani. Potem jednak wszystko nabiera tempa i z coraz większym zainteresowaniem oglądamy kolejne poczynania głównego bohatera. Poszczególne sceny to piękne obrazy, nie tylko te Caravaggia. Warto obejrzeć.

 

Anna Porębska