LADY MAYDAY REŻ. ARTUR BARCIŚ 2026
„Lady Mayday” Raya Cooneya w reżyserii Artura Barcisia to spektakl, który od początku stawia przede wszystkim na dobrą zabawę i trzeba przyznać, że robi to skutecznie. Farsa oparta na klasycznym „Mayday” Raya Cooneya dostała tutaj świeże spojrzenie dzięki odwróceniu ról – tym razem to kobieta prowadzi podwójne życie i wpada w lawinę coraz bardziej absurdalnych sytuacji.
Największą siłą przedstawienia jest tempo. Akcja praktycznie nie zwalnia, a kolejne pomyłki, niedomówienia i nerwowe próby ratowania sytuacji sprawiają, że widz cały czas czeka na następny chaos. Artur Barciś bardzo dobrze wyczuł rytm tej komedii – spektakl jest dynamiczny, lekki i momentami wręcz filmowy.
Ogromne wrażenie robi też scenografia Wojciecha Stefaniaka utrzymana w klimacie lat 60. Kolory, kostiumy autorstwa Natalii Różankiewicz i muzyka tworzą bardzo przyjemny, trochę nostalgiczny klimat. Dzięki temu całość nie wygląda jak zwykła farsowa komedia, ale ma swój charakter i styl.
Aktorzy świetnie odnajdują się w konwencji farsy. W roli tytułowej gra Mirosława Żak (Jackie Smith). To ona jest tą bigamistką, która wychodzi z siebie aby prawda o niej nie wyszła na jaw. A Aleksander Blitek (Mark Smith) oraz Michał Bałaga ( Barry Smith) jako jej mężowie próbują odnaleźć się w tej zwariowanej sytuacji. Szczególną uwagę należy poświęcić Beacie Deutschman, która jako przyjaciółka głównej bohaterki Stella Gardner brawurowo pomaga w ukryciu niewygodnych faktów. Do tej ekipy wspaniale dopasowuje się para policjantów : Inspektor Troughton (Maria Bieńkowska) i Inspektor Porterhouse (Wojciech Leśniak, który doprowadzał mnie do łez). Kolorytu całości dołożył, grający geja Bobby’ego Franklina Przemysław Kania. Widać dużą energię i dobrą współpracę całego zespołu. Humor opiera się głównie na sytuacjach, szybkich dialogach i zamieszaniu, więc jeśli ktoś lubi inteligentne komedie pomyłek, powinien dobrze się bawić. Niektóre żarty są bardziej klasyczne i momentami dość przewidywalne, ale w takim repertuarze to właściwie część uroku.
„Lady Mayday” nie jest spektaklem, który próbuje być głębokim dramatem czy społecznym komentarzem. To teatr rozrywkowy w najlepszym wydaniu – ma bawić, rozluźniać i dawać widzowi dwie godziny czystej zabawy. I właśnie dlatego sprawdza się bardzo dobrze. Publiczność śmieje się często i spontanicznie, a energia ze sceny szybko udziela się całej sali.
To bardzo udana propozycja dla osób, które chcą po prostu dobrze spędzić wieczór w teatrze i wyjść z niego w lepszym humorze niż przed spektaklem.
Anna Porębska