Peryskop Kultury

VOO VOO STACJA ARENDA BĘDZIN 2026

W ramach Zamkowego Grania 2026 odbył się cudowny koncert w Stacji Arenda w Będzinie.

 

Przed główną gwiazdą pojawił się Luperman. Zagrał kilka kompozycji. To muzyka skupiona na klimacie, trochę jak poezja śpiewana. Bardzo szczere w wymowie i swobodne. Zrobił na mnie bardzo autentyczne, dobre wrażenie.

 

Wszyscy zgromadzeni czekali jednak na wielką gwiazdę, która pojawiła się w tak małym i kameralnym miejscu.

 

Voo Voo od lat gra koncerty, które bardziej przypominają spotkanie z żywą muzyką niż zwykłe odtworzenie materiału z płyty. Podczas występu promującego album zespół pokazał, że mimo czterech dekad na scenie nadal potrafi brzmieć świeżo, nieprzewidywalnie i niezwykle komunikatywnie.

 

Na początek jednak zagrali „przebój”, choć jak powiedział Wojciech Waglewski, zespołowi zarzuca się, że takowych nie posiada. Był to „Jak gdyby nigdy nic”. Potem było już wszystko z nowej płyty „Dźwięczność” – czyli coś, co jeszcze publiczność i zespół nie znają (jak stwierdził pan Wojtek).

 

„Bujam się” zadziałało jak zaproszenie do świata Waglewskiego. Utwór płynie na charakterystycznym brzmieniu Voo Voo, a na żywo rozwinął się znacznie szerzej niż w wersji studyjnej. Zespół pozwolił sobie na długie instrumentalne dialogi, dzięki którym numer stał się czymś więcej niż piosenką — zamienił się w hipnotyczny rytuał.

 

„W niebycie” wniósł więcej skupienia i refleksji. To był jeden z tych momentów koncertu, gdy publiczność wyraźnie wyciszyła się i zaczęła słuchać każdego słowa. Waglewski zaśpiewał oszczędnie, bez zbędnej emfazy, a właśnie ta powściągliwość nadaje utworowi siłę.

 

Szczególnie dobrze wypadł „Na moment”. Słychać tu było melancholijną stronę zespołu. To utwór o kruchości chwili i zatrzymywaniu czasu, a subtelne partie instrumentów budowały niemal filmowy nastrój.

 

W „Czekam” nastąpiło powolne rozwijanie napięcia, charakterystyczne dla Voo Voo. Zadziałało tutaj znakomicie. Zespół zbudował przestrzeń dźwiękami, pozostawiając dużo miejsca między kolejnymi frazami. Dzięki temu utwór nabrał głębi.

 

Najbardziej koncertowy charakter miał utwór „Każdego dnia”. Jazzowe połamańce rytmiczne, pulsujący bas i pojawiające się elementy soulu czy rapu sprawiły, że numer żył własnym życiem. To jeden z tych fragmentów koncertu, podczas których muzycy pokazali pełnię swoich możliwości improwizacyjnych.

 

„Ulatam” zaskoczył lekkością. Początkowo wydawał się najbardziej przebojowym fragmentem repertuaru, ale w wykonaniu scenicznym szybko odsłonił bardziej nieoczywiste oblicze. Zespół przyspieszał tempo, rozciągał poszczególne partie i prowadził utwór w kierunku niemal  eksplozji.

 

W „Dina Ta” powróciły afrykańskie inspiracje obecne w muzyce Voo Voo od lat. Rytm stał się tu najważniejszy, a publiczność instynktownie poddała się transowemu pulsowi. To jeden z najbardziej energetycznych momentów całego koncertu.

 

„Jestem”, który zabrzmiał niemal rockowo i zaskakująco ostro. Mocniejsze gitary przypomniały, że pod warstwą subtelności Voo Voo wciąż potrafi uderzyć z dużą siłą.

 

Finałowa „Dźwięczność” była natomiast pięknym zamknięciem wieczoru. Balladowa forma, przestrzeń między dźwiękami i długie gitarowe frazy Waglewskiego sprawiły, że utwór wybrzmiał długo po zakończeniu koncertu. To nie tyle piosenka, co spokojne podsumowanie całej podróży przez nowe kompozycje.

 

Na bis usłyszeliśmy jeszcze „Gdybym” z 2014 roku. W wersji 15-to minutowej. Tak na pożegnanie.

 

Koncert pokazał zespół w bardzo dobrej formie. Voo Voo nie próbuje ścigać się z młodszymi wykonawcami ani udowadniać swojej aktualności na siłę. Zamiast tego proponuje coś znacznie cenniejszego: muzykę graną z doświadczeniem, swobodą i ogromnym wyczuciem. Nowe utwory nie odstają od klasycznego repertuaru, a wiele z nich ma szansę zostać z zespołem na długo. To koncert dla słuchaczy, którzy cenią emocje, brzmienie i prawdziwą muzyczną rozmowę na scenie.

 

Anna Porębska